Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 stycznia 2016

Ze śmiercią im do twarzy

Nienawistna ósemka, reż. Quentin Tarantino, 2015.

Filmy autora Pulp fiction powinny nosić znaczek jakości "Tarantino". Ten nietuzinkowy reżyser swój niepowtarzalny styl wykreował na bazie kina niskobudżetowego, pełnego pastiszu, przemocy i wulgarności. Niedorzeczne zdarzenia fabularne, przerysowane postaci oraz hektolitry czerwonej posoki są niezmiennym wyznacznikiem twórczości Quentina. W rzeczy samej, Tarantino od lat konstruuje filmy, których nie można pomylić z autorstwem żadnego innego reżysera. Z pewnością autor Django porusza się w obrębie swojej własnej, utartej już konwencji, ale czy to wada?

Tytuł obrazu tym razem jest również metaforyczny. Ósemka pałających nienawiścią ludzi bierze udział w kryminalnej intrydze. To także ósmy z kolei film Tarantino, co jest informacją znaczącą, gdyż jakiś czas temu reżyser zapowiedział, że w jego dorobku znajdzie się jedynie dziesięć filmowych obrazów, po nakręceniu których, usunie się ze świata X muzy. Jest już więc bliżej niż dalej, drżyjcie fani.

Akcja Nienawistnej ósemki rozgrywa się w niecodziennym dla gatunku spaghetti westernu pejzażu. Za oknami Pasmanterii Minnie, ostoi dla zbłąkanych wędrowców, szaleje bowiem zimowa zawierucha. To właśnie zamieć śnieżna staje się pretekstem, który doprowadza do (rzekomo przypadkowego) uwięzienia wszystkich bohaterów w jednej przestrzeni oraz pozwala nam zogniskować uwagę głównie na wydarzeniach mających miejsce wewnątrz zajazdu. A tam będzie już podejrzanie i intensywnie.

John Ruth (Kurt Russell) to łowca głów gotowy na wszystko, by otrzymać swoją zapłatę. Eskortuje on niebezpieczną przestępczynię o wdzięcznym imieniu Daisy Domergue (życiowa rola Jennifer Jason Leigh) wprost na szubienicę w malowniczym miasteczku Red Rock. Daisy nie ma jednak nic wspólnego z uroczą "stokrotką", wręcz przeciwnie — przez większość ekranowego czasu pluje jadem i udaje mało rozgarniętą kobietę, której brak wyczucia stylu i eleganckich manier przypisywanych zazwyczaj heroinom z Dzikiego Zachodu. Więźniarka nie przepuści żadnej okazji by urazić swego oprawcę, co zazwyczaj skutkuje mało subtelną reprymendą w postaci prawego sierpowego. Na swej drodze podróżnicy spotykają kolegę po fachu Rutha, czarnoskórego byłego majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson) o niechlubnej sławie. Jest on jedyną osobą zdolną przejrzeć i rozwikłać klarującą się dopiero zagadkę. Czujnym okiem spogląda na wszystko, co się wokół niego dzieje i nie omieszkuje tego soczyście skomentować. Ich towarzyszem staje się także nowo mianowany szeryf pobliskiego miasteczka, młody zabijaka Chris Mannix (Walton Goggins). W śnieżnej zadymce docierają wprost do opuszczonego chwilowo przez właścicieli zajazdu Minnie. Zostają tam uwięzieni wraz z innymi podróżnikami: łudząco przypominającym zmanieryzowane kreacje Christopha Waltza — katem Oswaldem Mobray'em (Tim Roth), milczącym rewolwerowcem Joe Gagem (Michael Madsen), woźnicą w uroczym kowbojskim kapeluszu z pomponikami O.B Jacksonem (James Parks), podstarzałym generałem Sandy Smithersem (Bruce Dern) oraz wielkim Meksykaninem Bobem (Demian Bichir). Później do palety aktorów dołącza również zupełnie wyrwany z kontekstu Channing Tatum w roli, która wnosi element zaskoczenia do przebiegłej intrygi. Atmosfera nieufności ani na chwilę nie opuszcza naszych bohaterów. Już się domyślamy, że nie może wyjść z tego dla nich nic dobrego.

Jak to u Tarantino bywa, trup ściele się gęsto, strumienie świeżej krwi tryskają wysoko, ciała doznają znacznego uszczerbku, a wszystko to w rytm energicznej, świetnie oddającej ducha Dzikiego Zachodu muzyce Ennio Morricone. Bohaterowie sypią ciętymi ripostami, zawzięcie się kłócą i próbują odgadnąć swoje zamiary. Prawie nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Na domiar złego, w pamięci nienawistnej ósemki rewolwerowców żywe są jeszcze podziały znane z wojny secesyjnej, które próbują oni zaprowadzić także na gruncie Pasmanterii Minnie. Obraz autora Wściekłych psów okazuje się być przenikliwą analizą amerykańskiego snu, którego realizacja dla wielu pozostawia dużo do życzenia. Inteligentne dialogi, humor właściwy tylko Tarantino, oryginalne niespodzianki scenariuszowe i kunszt pracy reżysera złożyły się na wielkie, przesycone niemal teatralnym klimatem widowisko. Takiego Quentina kochamy.

Moja ocena: 8♥

czwartek, 7 stycznia 2016

Carol.

Carol, reż. T. Haynes, 2015.

Lata 50. XX wieku. Therese Belivet (Rooney Mara) ma wszystko czego może pragnąć młoda kobieta swoich czasów. Nieskomplikowaną pracę w domu towarowym, zakochanego w niej po uszy narzeczonego, małe mieszkanie, pasję i... i nie potrafi tego docenić. Dusi się w narzuconym jej przez społeczeństwo szablonie postępowania. Wzorce jakie obserwuje na każdym kroku w żaden sposób jej nie satysfakcjonują. Już na samym początku opowieści jest wewnętrznie rozdarta, w pewien sposób także emocjonalnie upośledzona. Przyjmuje to, co ją spotyka z ponurą akceptacją. Nikt nie nauczył tej młodej kobiety, jak odnaleźć swoją tożsamość i dążyć do spełnienia własnych pragnień. Therese tkwi w związku, który nie daje jej radości, nie wierzy w swoje zdolności fotograficzne i każdego dnia prowadzi mozolną walkę z szarą rzeczywistością. Czuje się przytłoczona wymaganiami bliskich, choć sama nie potrafi określić, czego innego właściwie by chciała. Wie natomiast, czego z pewnością nie chce. Ale wciąż jest zbyt nieśmiała i niezdecydowana by ostatecznie wyrwać się z krępujących ją zobowiązań.

     Wszystko zmienia się, gdy w pewien przedświąteczny dzień do jej stanowiska pracy podchodzi elegancka kobieta, która szuka bożonarodzeniowego prezentu dla swej małej córeczki. Carol Aird (Cate Blanchett) ma szykowne ubrania, wyrafinowany styl, urodę i wręcz emanuje klasą. Sprawia wrażenie kobiety doświadczonej, ale nieco znudzonej życiem. W widoczny sposób onieśmiela Therese, ale jednocześnie budzi w niej zaciekawienie, które przerodzi się w prawdziwą fascynację. Carol, dostrzegając swój wpływ na młodziutką ekspedientkę, "przez przypadek" zostawia na sklepowej ladzie rękawiczki i odchodzi. Therese ma więc czas na zastanowienie się, czy chce nawiązać z kobietą bliższą relację. Podświadomie przeczuwa już jak może się ona rozwinąć. Ciekawość jednak zwycięża i dziewczyna odsyła zgubę właścicielce. To wydarzenie, punkt zwrotny w historii obu kobiet, ostatecznie wywołuje niezbyt szczęśliwe konsekwencje.

     Carol (imię bohaterki odzwierciedla nie tylko świąteczny czas akcji, ale również symboliczne narodziny) nie jest kobietą typową. Mimo że posiada wspaniały dom, męża, który wciąż darzy ją uczuciem, ale nie bardzo potrafi to okazać oraz cudowną córkę Rindy, podobnie jak ekspedientka domu towarowego, nie jest usatysfakcjonowana swoim życiem. Kobieta bowiem czuje silny pociąg do własnej płci. W czasach, kiedy homoseksualizm jest diagnozowany jako zaburzenie psychiczne i zbrodnia wobec moralności, musi ona kryć się ze swoimi upodobaniami w obawie przed ostrą krytyką społeczeństwa. Z tego też powodu Carol rozwodzi się z mężem, nie potrafiącym się z tym do końca pogodzić. Znajomość z Therese staje się dla kobiety pretekstem do pozbycia się wstydu i poczucia winy oraz ostatecznego pogodzenia się z własną mentalnością. Ten nierozważny romans przyniósł jej również wiele bólu i nieszczęścia, ale nie potrafiła z niego zupełnie zrezygnować.

     Nie jest to jednak film o szukającej wrażeń i czułości w kobiecych ramionach Carol. To historia przede wszystkim o zagubionej dziewczynie, która pragnie odnaleźć swoje miejsce na tym nieprzyjaznym świecie, a także swój głos i marzenia. Stajemy się świadkami niezwykłej przemiany bohaterki. Jej inicjacja seksualna (wyjątkowo odważne sceny nagości) powoduje przeistoczenie się Therese z niedojrzałej dziewczyny w świadomą swojej wartości i zdecydowaną kobietę, która odważnie kieruje swoim życiem — znajduje pracę w zdominowanej przez mężczyzn redakcji, zmienia styl ubioru i makijażu. Postać Carol była jedynie (a może nie tylko?) impulsem, katalizatorem, który doprowadził do transformacji panny Belivet.
Ten obraz to także klimatyczny i delikatny w wyrazie zapis walki o własną tożsamość i chęci akceptacji.

Moja ocena: 8/10

środa, 27 maja 2015

Pure madness



Mad Max: Fury Road OST
Tom Holkenborg aka Junkie XL


Survive, Escape, Immortan’s Citadel, Blood Bag, Spikey Cars, Storm Is Coming, We Are Not Things, Water, The Rig, Brothers In Arms, The Bog, Redemption, Many Mothers, Claw Trucks, Chapter Doof (Extended Version), My Name Is Max (Extended Version), Let Them Up


                              WaterTower Music, 12.05.2015 r.



Trylogia Mad Maxa w reżyserii George’a Millera w latach 70. i 80. ubiegłego wieku święciła triumfy popularności wśród fanów prężnie rozwijającej się popkultury. Niezwykle pesymistyczna historia byłego policjanta Maxa Rockatansky’ego, który na wskutek zatargu z gangiem motocyklowym stracił rodzinę i zdrowy rozsądek  oraz stał się najbardziej zawziętym mścicielem na drogach nowego świata, niedawno powróciła w odświeżonej odsłonie. W postapokalitycznym uniwersum Mad Max Fury Road szalony Max (w tej roli kapitalny Tom Hardy) ucieka z niewoli okrutnego Imperatora Immortana Joego (Hugh Keays-Byrne) i sprzymierza się ze zbuntowaną Cesarzową Furiosą (Charlize Theron) by pokonać ciemiężcę oraz odbić Cytadelę — ostatnią oazę życia na pustyni.
Muzykę do tej części serii skomponował Holender Tom Holkenborg, bardziej znany pod pseudonimem Junkie XL. Muzyk pracował wcześniej przy takich projektach jak 300: Rise of an Empire N. Murro oraz Divergent N. Burgera, a więc równie dynamicznych filmach akcji. Wcześniejsze kompozycje Holendra można uznać za ostre, gwałtowne i bardzo intensywne. Holkenborg nie stroni od niezwykle ciekawych połączeń klasycznych instrumentów z współczesnymi, elektronicznymi środkami organizującymi muzykę. Czerpiąc z dorobku swoich poprzedników w serii, a więc Briana Maya i Mauricego Jarrego, których utwory również były wyjątkowo dynamiczne, Junkie XL stworzył soundtrack idealnie wpisujący się w wymowę filmowego obrazu, co więcej, podkręcający jeszcze tempo akcji omawianego dzieła. Mad Max Fury Road jest wyjątkowo szybki, brutalny i bardzo niepokojący. Niemalże nie daje widzowi chwili na wolniejszy oddech, a galopująca akcja, która zaczyna się już na samym początku filmu, nie zwalnia ani na moment. Dokładnie taka sama jest muzyka Holkenborga, która nie przytłacza a jeszcze uwypukla intensywność fabuły. Na szczególną uwagę zasługuje główny motyw utworu, który przewija się we wszystkich pozostałych ścieżkach, a zwłaszcza bliźniaczo podobnym Brothers In Arms, gdzie elektryzujące dźwięki syntezatora splatają się w przepięknej kompozycji z instrumentami smyczkowymi, perkusją i gitarą elektryczną. Wymowa dzieła jest ciężka, mroczna i na pozór chaotyczna. Agresywne, skrzypliwe, metaliczne dźwięki są przerywane licznymi wybuchami orkiestry. Gwałtowne bicie bębnów, które nadają rytm szaleńczym pościgom jest przeciwstawione nielicznym ujęciom ciszy i finezyjnych smyczków, co dodaje wybranym momentom akcji zamierzonego patosu.  Perłą całego obrazu i niewątpliwym atutem ścieżki dźwiękowej jest postać muzyka, który na platformie jadącego z zawrotną szybkością samochodu terenowego zagrzewając Półumarłych do pościgu,  wygrywa agresywne solówki na gitarze elektrycznej, będącej jednocześnie miotaczem ognia. Flamethrower guitar stanowi doskonały popis i najciekawszy element kompozycji dodający wyrafinowanego wdzięku opisywanej scenie. Wolniejsze, ale za to bardziej mroczne nuty towarzyszą nam w utworach Survive i Escape, wzmagających niepokój oczekiwania na kolejne zwroty akcji. Natomiast w Immortan’s Citadel Holkenborg prezentuje nam dźwięki łudząco podobne do patetycznego chóralnego śpiewu. W równie podniosły, melancholijny ton Junkie XL wpadł w Redemption oraz Many Mothers, które niemal w całości są rozpisane na instrumenty smyczkowe i wyjątkowo — klawiszowe, choć znalazł się tam również epizodyczny flet.

Holkenborg w doskonały sposób wyważył proporcję brzmień pomiędzy szalonymi, stworzonymi w syntezatorze odgłosami a klasyczną orkiestrą, kreując w ten sposób wyjątkowo interesujący, szaleńczo intensywny, ale i sentymentalny soundtrack, który spodoba się niemal każdemu fanowi muzyki filmowej, a na pewno wpłynie na znacznie lepszy odbiór filmowego obrazu.

niedziela, 29 grudnia 2013

Beczką w siną dal

Hobbit. Pustkowie Smauga, reż. Peter Jackson, (2013).

            Bilbo Baggins, poczciwy hobbit z malowniczego Shire, zwany przez swoich oddanych kompanów „Włamywaczem”, kontynuuje niezwykłą podróż do Samotnej Góry, gdzie na zrabowanym krasnoludom złocie drzemie uśpiony przed laty krwiożerczy smok Smaug. Baggins wraz z towarzyszami, grupą trzynastu krasnoludów, wśród których znajduje się ich zapomniany król — Thorin Dębowa Tarcza oraz z  błyskotliwym czarodziejem Gandalfem Szarym spróbuje wedrzeć się do wnętrza góry i odzyskać skradzione im bogactwo. Celem wyprawy jest również, o ile to możliwe, zgładzenie smoka i odrodzenie potęgi krasnoludzkiego państwa. Zanim tego jednak dokonają, czeka ich marsz przez niebezpieczną, jak implikuje sama nazwa, Mroczną Puszczę i niegościnne tereny spustoszonego Dale. A w pościg za śmiałkami wyrusza grupa orków pod wodzą pałającego zemstą Azoga. Czy wyprawa zakończy się więc sukcesem?  
Najbardziej wyczekiwany film tego roku nareszcie zawitał do rodzimych kin. Od razu spotkał się z ogromnym zainteresowaniem fanów Tolkienowskiej twórczości, a także tych, których historia niepozornego stworka rzuconego w wir szaleńczych przygód z bandą pociesznych i nierozgarniętych krasnoludów oraz jednym apodyktycznym czarodziejem, urzekła w poprzedniej części adaptacji Petera Jacksona. Faktem jest, że od świąt sale kinowe pękają w szwach. A jak wyglądają nastroje zniecierpliwionych długim oczekiwaniem widzów? Otóż tutaj zdania są podzielone. Zagorzali fani wszelkich historii rodem ze Śródziemia (do których sama również się zaliczam) są zadowoleni, a jakże! Inni, chętnie wytykają Jacksonowi fabularne oraz techniczne potknięcia. Niestety, nie obyło się bez wpadek. Efekty specjalne, mające być w założeniu najmocniejszą stroną obrazu okazały się, krótko mówiąc, przekombinowane. Początkowo byłam zachwycona tym, co widziałam na kinowym ekranie, zarówno przepiękne, zapierające dech w piersiach krajobrazy (Mroczna Puszcza, Dol Guldur, Erebor), jak i sylwetki ogromnych pająków oraz oczywiście najlepiej dopracowana animacja w filmie, smok Smaug, robią bardzo pozytywne wrażenie. Mój entuzjazm został jednak pod koniec seansu nieco ostudzony. Nadmiernie komputerowo wygenerowane postaci orków, wszelkie sekwencje mające miejsce we wnętrzu Samotnej Góry, walka ze smokiem i sceny po raz pierwszy ukazujące złowrogiego Nekromantę rażą sztucznością. Nawet osławiona już scena spływu beczkami, choć kipi od zwrotów akcji i pod względem technicznym wygląda poprawnie, wydaje się być niewykorzystanym potencjałem.
Liczyłam także na szersze rozwinięcie, interesującego przecież, wątku leśnego człowieka Beorna (w tej roli Mikael Persbrandt), zdolnego przyjmować postać niebezpiecznego, wielkiego niedźwiedzia. Zamiast tego Jackson zdecydował się na wprowadzenie zupełnie nowego, nieobecnego w książce, wątku romansowego, który na szczęście nie był zbyt nachalny i ostatecznie nie przeszkadzał w odbiorze obrazu. W filmie, za sprawą Jacksona, pojawił się również wojowniczy książę Leśnych Elfów — Legolas (Orlando Bloom), a także Kapitan Straży — Elfka Tauriel (Evangeline Lilly). Choć ich postaci nie możemy zaobserwować w książkowym pierwowzorze, wprowadzenie do fabuły syna bezwzględnego Thranduila (Lee Pace) oraz nieustępującej mu w bitewnym kunszcie Tauriel, wyszło reżyserowi zdecydowanie na plus. Legolas, tak jak nas przyzwyczaił we Władcy Pierścieni, jest wyśmienitym wojownikiem. Z niemal baletową gracją rozprawia się z kolejnymi zastępami krwiożerczych pająków i orków, a w duecie z piękną Elfką tworzy naprawdę świetne sekwencje walk i potyczek. Co więcej, możemy tutaj poznać Legolasa od nieco innej, bardziej emocjonalnej strony, choć wszystko pozostaje jedynie w sferze domysłów i insynuacji. Kolejną ciekawą postacią okazał się również jeden z przedstawicieli rasy ludzi, przewoźnik Bard (Luke Evans), który, jak się wydaje, odegra znaczącą rolę w ostatniej części filmowej trylogii. Nieco z tyłu znalazł się jednak główny preceptor wyprawy — Gandalf (Ian McKellen), a Thorin (Richard Armitage) dopiero w drugiej połowie filmu pokazuje na co go stać.
Nie mogę oczywiście pominąć słów uznania dla rewelacyjnej kreacji Smauga. Benedict Cumberbatch, szerzej znany z równie świetnego serialu Sherlock, użyczył charyzmatycznemu Smaugowi jedynie głosu, ale głosu, który przyprawiał o dreszcze i ciarki nawet najbardziej obojętnych widzów. Do tego, jak już wspominałam, animacja smoka została dopracowana w najmniejszych szczegółach dzięki czemu wygląda bardzo realistycznie. Ale jeśli mowa o Smaugu, koniecznie muszę wspomnieć także o fantastycznym w swej roli Martinie Freemanie. Wykreowany przez niego Bilbo łamie wszelkie stereotypy na temat swoich pobratymców, jest szalenie odważny, zabawny i nigdy się nie poddaje. Wielokrotnie ratuje swoich kompanów z kolejnych opresji, nawet tych, wydawałoby się, bez wyjścia.
Podsumowując, Peter Jackson stworzył dzieło, które w sercach fanów Tolkiena zapisze się na długo. Jego wizja Śródziemia jest malownicza i tak baśniowa, jak być powinna. Niesamowicie urokliwe krajobrazy, poruszająca muzyka i rewelacyjne kreacje aktorskie winne są oddania należnego uznania temu dziełu i jego reżyserowi. Nawet mimo zbyt jawnych nawiązań do wcześniejszej trylogii Władcy Pierścieni (kilkukrotnie miałam wrażenie powielania niektórych schematów), seans przebiegał mi niezwykle miło. Pozostaje tylko czekać kolejny, koszmarnie długi rok na zakończenie przygód najlepszego z hobbitów.
Moja ocena: 8♥/10

niedziela, 15 września 2013

W.E.


“All for love and world well lost. W.E.
- Kto to W.E.?
- Wallis i Edward, głuptasie.”

Owiana nimbem skandalu obyczajowego historia burzliwego romansu kontrowersyjnej amerykańskiej rozwódki, Wallis Simpson (Andrea Riseborough) i króla Wielkiej Brytanii, Edwarda VIII (James D’Arcy), u progu II wojny światowej. A w tle losy swoistego alter ego księżnej, młodej Wally Winthrop (Abbie Cornish), tkwiącej w nieszczęśliwym małżeństwie.
Madonna, znana z kontrowersyjnych zachowań piosenkarka, może poszczycić się kolejnym dziełem filmowym. Tym razem jednak stanęła po drugiej stronie kamery. Choć „W.E.” nie jest jej debiutem reżyserskim (wcześniej wyreżyserowała film pt. „Filth and Wisdom”), niewątpliwie stanowi ważny punkt w karierze artystki. Obraz nagrodzony Złotym Globem za muzykę (Abel Korzeniowski) oraz nominowany do Oscara w kategorii kostiumów (Arianne Phillips) jest zjawiskiem niecodziennym. Zmysłowy melodramat z elementami biografii i burzliwej historii brytyjskiej rodziny królewskiej budzi w widzu silne emocje. Scenariusz filmu powstał przy udziale Madonny i Aleka Keshishiana. Projekt został zrealizowany w brytyjskiej wytwórni The Weinstein Company. Zdjęcia kręcono w Londynie, Paryżu, Portofino i w Nowym Jorku. Na całym świecie obraz zarobił ponad 580, 000 $.
Kreacje aktorskie Abbie Cornish („Jaśniejsza od gwiazd”), Andrei Riseborough („W Brighton”) oraz Jamesa D’Arcy’ego („Atlas Chmur”) stoją tutaj na najwyższym poziomie. Aktorzy popisali się prawdziwym kunsztem i finezją. Na uznanie zasługuje przede wszystkim  Andrea Riseborough, której klasyczna uroda i wrodzona elegancja idealnie wpasowały się w historyczny wątek filmu. Prowadzi nieustający flirt z widzem, nęci go i kokietuje, czyniąc postać Wallis Simpson bardziej intrygującą. Interesującą kreację stworzyła w filmie również Abbie Cornish, której bohaterka zafascynowana ideałem kobiecości, za który uważa księżną Wallis, stopniowo zatraca się w świecie iluzji i marzeń o wielkiej miłości, co rzutuje na jej dalsze poczynania. W rolę Króla Edwarda, początkowo miał wcielić się Ewan McGregor, lecz ostatecznie zastąpił go znany z grania w tego typu produkcjach „z epoki” James D’Arcy. Z pewnością wyszło to filmowi na dobre, jego gra nie jest przerysowana ani sztuczna, skłania widza do refleksji nad motywami i postępowaniem brytyjskiego władcy. Nie można zapomnieć o postaci rosyjskiego ochroniarza-intelektualisty (Oscar Isaac), który, choć nieco zbyt płasko przedstawiony, nie odstaje od reszty postaci. 
W filmie przenikają się niemal trzy plany czasowe: historyczny, gdzie opowiedziana jest historia nieakceptowanego przez socjetę romansu amerykańskiej rozwódki i intrygantki ciągle łamiącej tabu obyczajowe oraz króla Edwarda VIII, następnie ich dalsze losy po wielu latach oraz wątek współczesny, w którym to młoda fascynatka Wally Winthrop bierze udział w rocznicowej aukcji poświęconej wspomnianej parze. Mimo że wątki te przeplatają się dosyć często, widz nie odczuwa zamieszania z tym związanego. Przejścia są płynne, ustanowione we właściwych momentach i świetnie odzwierciedlają podobieństwa historii Wallis i Wally.
Jednym z najciekawszych aspektów filmu są kostiumy. Szyk i elegancja aż kipią z ekranu. Zwłaszcza stroje w historycznej części filmu zasługują na wielką uwagę. Doskonale oddają ducha tamtych czasów i robią ogromne wrażenie, nie tylko na miłośniczkach mody. Piękne kostiumy i dodatki, klasyczna biżuteria dodają postaciom charakteru.
Niewątpliwym atutem filmu jest jego ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Abla Korzeniowskiego, który ma na swoim koncie muzykę do takich dzieł jak: „Samotny mężczyzna”, „Duże zwierzę” i „Metropolis”. Muzyka porusza i w ogromnym stopniu wpływa na odbiór obrazu. Nie jest monotonna, czasem melancholijna i dostojna, potrafi przejść do taktów rozrywkowych i wyjątkowo zmysłowych.
Na uwagę zasługuje tutaj także scenografia. Bogate wnętrza, piękne meble i rekwizyty sprawiają, że widz ma wrażenie, iż znalazł się w bajkowym świecie luksusu. Gra światłem
i cieniem jeszcze potęguje takie odczucia.

Dwa romanse. Królewski, ale wcale nie bajkowy oraz ten całkiem zwyczajny, z czasem przeradzający się w urokliwą baśń. Niesamowita historia miłości opowiedziana przy niezwykle wysokich walorach estetycznych, to jeszcze nie wszystko, co oferuje nam W.E. Gorąco polecam!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka